2015 ROKIEM ZAPUSZCZANIA WŁOSÓW

Określ cel, zaplanuj i dołącz do nas!

Piramida zdrowia według Zielpy

5 zasad, według których żyję

Mity dietetyczne, w które kiedyś wierzyłam

Jajka zabijają, ziemniaki są dla świń, a masło to zło! Nieprawdaż?

Dopalacze dla mózgu

Jak podkręcać obroty, by miało to ręcę, nogi i... mózg.

Mężczyzno, znalazłeś się tutaj niezupełnie przypadkiem?

O męskiej, niedoskonałej cerze poczytasz tutaj. Bez ściemy.

poniedziałek, 2 marca 2015

CZARY, PANIE! Z wizytą u naturoterapeuty

W ramach profilaktyki, ale także leczenia odwiedzałam ostatnio przeróżnych lekarzy i prawdopodobnie na tym się nie skończy. W pewnym momencie jednak nabrałam tak negatywnego nastawienia do całej służby zdrowia, że do kolejnego konowała zaciągnięto by mnie jedynie nieprzytomną. Dałam się namówić za to na wizytę u naturoterapeuty.

fot. Jay Mantri


Moje nastawienie do wszystkiego oscylowało wtedy wokół hasła "bez sensu, po co ja żyję...", jednak poszłam na wizytę, odrzucając wszelkie uprzedzenia, ale też nie będąc przepełniona optymizmem i wiarą w cuda. Myślę więc, że wszelkie efekty kuracji i tego, co działo się w gabinecie, opiszę z racjonalnego punktu widzenia. O, tak, może i boję się duchów, w które nie wierzę, ale racjonalistką i wielką orędowniczką rozumu, szkiełka i oka mogę się nazywać. Wiedziałam, że idę tam głównie po leki ziołowe, a o to, że zioła mają naukowo udowodnione działanie, nie będziemy się tutaj spierać.

Mój naturoterapeuta posiada takie specjalizacje, jak chirurgia fantomowa, kosmoenergetyka, techniki wibracyjne i nowa radiestezja. Brzmi komicznie dla kogoś, kto w młodości przedawkował Dawkinsa, ale, jak już wspominałam, uprzedzenia zostawiłam za drzwiami. Głównie interesowała mnie diagnostyka toksycznych obciążeń organizmu i zioła dra Josefa Jonasa, które przepisuje ów czarodziej. Pomogły one mojej mamie, a ja nie mam nic do stracenia - znudziło mi się chodzenie po lekarzach i przyjmowanie nieskutecznych leków.

Wizyta


Gabinet mieści się w dużym centrum medycyny naturalnej, przyjmuje tam nie tylko ów bioenergoterapeuta, ale też inni specjaliści z różnych dziedzin, a także mieści się tam szkoła medycyny naturalnej, organizowane są różne kursy. Miejsce nie ma nic wspólnego z uprawianiem pokątnie czarnej magii w piwnicy albo obskurnym mieszkaniu, a tym bardziej z dziwnymi zapachami jeszcze dziwniejszych specyfików. Budynek to połączenie szkoły i przychodni.

Wchodząc do gabinetu, w którym panuje półmrok, Czarodziej kazał usiąść naprzeciw niego na krześle. Na stoliku dostrzegłam masę błyszczących piramidek w różnych rozmiarach, stożków, dziwnych płytek oraz obrazek z podobizną Jezusa, który patrzy na człowieka świdrującym wzrokiem. Pan Czarodziej też patrzy, tylko że spod wąsów. Zrozumiałam, że muszę mówić prawdę.

Opowiedziałam, co mi dolega, zwróciłam uwagę, że mam kłopoty z układem trawienia, Pan Czarodziej mnie wysłuchał, podszedł do mnie i kazał się obrócić plecami na taboreciku. Posłusznie wykonałam polecenie i poczułam ból. FACET WBIŁ MI PALCE MIĘDZY SZYJĘ A RAMIONA! I stwierdził, że jestem spięta, mam za dużo stresów, których powinnam unikać... Dzięki, pomyślałam, jak już ochłonęłam po tym szoku, natomiast Pan Czarodziej w najlepsze zaczął mi rozmasowywać moje pospinane mięśnie. Przyznam, że nawet pomogło i mu przebaczyłam, wszak lubię ból tego typu. Następnie przyłożył dłoń do nerek, poczułam lekkie ciepło (moja mama opowiadała, że czuła gorąco, ale może jest bardziej podatna) i zrobiło mi się już zupełnie fajnie. Usłyszałam, że nerki mam zdrowe, tylko lekko szwankują, pewnie od wychłodzenia.

Przeniosłam się na kozetkę, położyłam na plecach i czekałam, co będzie. Na oczy i czoło położono mi okład z olejkami eterycznymi (wyczułam tam nutę rozmarynu), ale trochę podglądałam, zamiast się zrelaksować do końca, dzięki czemu mogę Wam opisać, co tam się wyczyniało.

Kolejno na różnych punktach mojego ciała Pan Czarodziej rozkładał te wszystkie stożki i piramidki, m.in. na piersiach, nogach, miednicy, czole, a na brzuchu położył całą płytkę złożoną z piramidek. Następnie wyciągnął jedno wahadełko i zaczął nim nade mną kręcić, nastepnie drugie. Musiałam się powstrzymywać od śmiechu i powtarzać sobie, że jestem tu jak w salonie SPA i mam się odprężać. W końcu przemogłam swoje brzydkie, racjonalistyczne odruchy i po prostu poddałam się temu, co robi naturoterapeuta. Po zakończonej sesji z wahadełkami przesuwał jeszcze dłońmi nad moim ciałem, a następnie usiadł i pozwolił mi jeszcze chwilę poleżeć. Po wszystkim powoli się podniosłam, usiadłam jeszcze na chwilę i dostałam zalecenia co do preparatów ziołowych.

Po wizycie


Po wyjściu z gabinetu spędziłam jeszcze jakiś czas, czekając na mamę, nie działo się właściwie nic dziwnego, oprócz tego, że zrobiło mi się strasznie zimno od wewnątrz. To było okropne, szczególnie, że mieszkam na drugim końcu miasta i tarabaniłam się tam dwoma autobusami przez kolejne 1,5 godziny. Następnego dnia za to wszystko mnie bolało - kości, mięśnie, co jakiś czas czułam kłucie w piersiach i plecach, jakby ktoś wbijał mi szpikulec. Podobno to normalne po wizycie u bioenergoterapeuty. Kolejne dni mijały już zwyczajnie.

Chyba po dwóch tygodniach do drzwi zapukał listonosz i przyniósł ziołowe lekarstwa. Proces leczenia nimi opiszę, gdy go zakończę. Już mam coś do powiedzenia na ten temat, ale wolę dać sobie i Wam pełniejszy obraz. Byliście kiedyś u takiego niestandardowego lekarza?

sobota, 28 lutego 2015

Krem po goleniu gaszący pożary - Tołpa Dermo Men, łagodzący

Pisałam już o trudnym przypadku, jakim jest cera mojego faceta. Udało nam się zmniejszyć kilka problemów dzięki pielęgnacji, ale pozostawała między nami kość niezgody w postaci kosmetyków po goleniu. Uważałam, że smaruje się bublami, ale też nie potrafiłam mu pomóc, bo kompletnie nie znałam asortymentu kosmetyków do golenia.



Wszystko się zmieniło, gdy chłop wykazał się lekkomyślnością, samowolą i niesubordynacją, oddalając się ode mnie w drogerii (tak, kochanie, możesz kupić sobie ten tusz do rzęs) i cichcem pakując do koszyka żel po goleniu tzw. wiodącej marki (znacie gorszą obelgę?). Zobaczyłam dopiero przy kasie i od razu oznajmiłam mu, że jego twarz tego nie zniesie.

Niestety, argument chcesz mieć czerwoną, piekącą gębę?! nie podziałał, nie przekonało go też biadolenie to ja tak się staram, żeby ci było dobrze... i dopiero, gdy powiedziałam, że kupię mu na mikołajki normalny krem, zgodził się nie używać tamtego. Teraz wiem, że ta sytuacja była pierwszym zrządzeniem losu. Drugim był brak na stanie sklepu kremu, który sobie upatrzyłam - naturalny, roślinny kosmetyk, bez alkoholu i syfów. Do trzech razy sztuka: odwiedziłam inną drogerię i znalazłam, jak się okazało, ideał. Tołpa, Tołpunia kochana!

Skład w kolejności INCI z objaśnieniami (specjalnie dla panów!)

Woda
C12-15 Alkyl Benzoate - olej nie działa natłuszczająco, stosowany w kosmetyce zamiast naturalnych lipidów, ponieważ dobrze rozpowadza się na skórze i "pochłania" lepkość tłustych olejów. Substancja o właściwościach konserwujących, nawilżających i wygładzających. Nadaje skórze miękkość, elastyczność i gładkość.
Gliceryna - substancja nawilżająca, promotor przenikania składników wgłąb skóry.
Alluminium Starch Octenylsuccinate - nierozpuszczalny w wodzie, jest środkiem absorbcyjnym (pochłaniającym), który umożliwia "wprowadzenie" do kosmetyków substancji rozpuszczalnych w wodzie lub w olejach. Ma również za zadanie regulować lepkość w końcowym produkcie (zmniejszać lub podwyższać). Środek tworzący ochronny, stabilny film na skórze, włosach, paznokciach. Może powodować podrażnienia.
Ekstrakt z torfu - o działaniu torfu Tołpy możecie poczytać na przykład tutaj. To temat na osobny tekst!
Glikol propylenowy - wspomaga działanie konserwujące, zapobiega zasychaniu produktu przy ujściu z opakowania.
Hialuronian sodu - substancja nawilżająca, występuje naturalnie w tkankach organizmu człowieka.
Ekstrakt z kiełków pszenicy i drożdży - razem z hialuronianem sodu mają za zadanie łagodzić podrażnienia.
Ekstrakt z liści winorośli, bluszczu zwyczajnego, arniki górskiej, oczaru wirginijskiego, dziurawca oraz owoców kasztanowca - ma działać uszczelniająco i wzmacniająco na naczynia.
Pantenol - ma działanie nawilżające.
Ekstrakt z liścia aloesu - działa nawilżająco, przeciwzapalnie i łagodząco.
Cetearyl olivate, Sorbitan olivate - emulgatory, pochodzą z oliwy z oliwek, pozostawiają na skórze przyjemne uczucie, działają emoliencyjnie.
Tetrasodium EDTA - kompleksuje jony metali (poczciwe chelatowanie). Ostatnio Pantene chwaliło się zawartością fizyki kwantowej w ich nowych szamponach. To właśnie ona.
Carbomer - zagęstnik.
Sodium hydroxide - regulator pH.
Zapach
Benzyl Alcohol
- konserwant, potencjalny alergen, imituje zapach jaśminu.
Kwas salicylowy, Kwas sorbinowy - konserwanty.

źródła: tolpa.pl, kosmopedia.org, biotechnologia.pl


Cechy produktu i działanie


W dość sporej tubce dostajemy 125 ml balsamu o białej barwie. Substancja łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie, nie gryzie się z innymi kosmetykami czy z perfumami. Łatwo wydostaje się z tubki, jest bardzo wydajna, szybko się wchłania do matu, tuż po nałożeniu na twarz jest leciutko lepka. Pozostawia twarz komfortowo nawilżoną, nie powoduje pieczenia, a zaczerwienienia stają się mniej widoczne i uspokojone. Co ważne, balsam ma działanie długofalowe, o czym decydują kompleksy ziołowe w nim zawarte. Oznacza to, że osiągniemy efekt podobny do tego po regularnym stosowaniu kremów do cery naczynkowej. Po wiecznie zaczerwienionych policzkach mojego chłopa widzę, że krem działa i bardzo się z tego cieszymy :) w połączeniu z ograniczeniem golenia na mokro maszynką to już w ogóle chłop jest śliczny i rumiany (ale tylko tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba).

Komu polecam?


Hm, chyba wszystkim, nawet tym mniej wymagającym. Chciałam sprezentować ukochanemu inny krem, lecz o żałowaniu zakupu nie ma mowy. Coś czuję, że mamy tu miłość po grób, a przy okazji uratowaliśmy również nasz związek przynajmniej do następnej wizyty w drogerii. Jedyny problem, jaki mam teraz, to zalegający na półce żel po goleniu z alkoholem, który stał się kością niezgody. Wyrzucić mimo wszystko szkoda, a tak strasznie mi wstyd dać komuś w prezencie taki szmelc...


sobota, 31 stycznia 2015

PRODUCENCI CZIPSÓW (NIE) KŁAMIĄ!

Mała (165 cm), tłustawa (65 kg i nie ćwiczy) świnia poszła do kerfura ekspresa i nabyła drogą kupna (to uczciwa świnia była) największą dostępną paczkę czipsów ziemniaczanych. Czipsy te, osolone delikatnie, skusiły ją wspomnieniem z lat dziecinnych o smaku najtańszych czipsów marki Aro. Jej uwagę zwrócił również napis, dumnie głoszący, że przysmak znajdujący się w plastykowej paczce został stworzony „z wyselekcjonowanych ziemniaków”.




Ponieważ świnią byłam ja, a jak wiadomo, uczę się na inżyniera rolnika, obietnica selekcji ziemniaków nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenie. Przypomniałam sobie za to zajęcia ze szczegółowej uprawy i postanowiłam Wam napisać, żebyście się nie dawali frajerować producentom.

Niby wszyscy wiemy, że producenci stosują na nas chwyty marketingowe, by wzbudzić określone emocje i skojarzenia, a tym samym sprzedać więcej (a najlepiej i drożej). Ekożywność, ekokosmetyki, organiczna bawełna i staniki z soi. Znamy to i wciąż się łapiemy, nawet nie na produkty certyfikowane, ale nawet na te, których opakowania mają kolor zielony (taki chlorofilowy! Pewnie fotosyntezuje...) albo zrobione są z szarego papieru.

Spójrzmy na warstwę językową


Selekcja – takie ładne słowo. Wszyscy wiemy, że do eleganckich klubów w dużych miastach nie wpuszczają w adidasach i dresie. Idąc tym tokiem myślenia widzimy ziemniaki, które kontroler jakości bacznie przegląda, bierze do ręki każdego z osobna, bacznym wzrokiem szuka najmniejszych zmian na skórce i, jeśli już takowe wypatrzy, wyrzuca ziemniaka do Studni Wiecznej Ziemniaczanej Hańby (czyli do odpadków na paszę). Robi to oczywiście wybitny specjalista, w ręku trzyma lupę, a na głowie ma czapkę niczym Sherlock Holmes. Same pozytywne skojarzenia, prawda?

Prawda w sumie nie boli. Jest zwyczajna.


Tak, do prawdy dojdziemy, jak tylko pozbawimy się emocji i spojrzymy na sprawę selekcji chłodno. Producent nas nie okłamał ani trochę. Nawet nie podkoloryzował. Ziemniaki na czipsy naprawdę są selekcjonowane, mało tego, pochodzą ze specjalnie dobranych, wyhodowanych tylko w tym kierunku użytkowym, odmian. To fantastyczne, prawda? Ktoś rzeczywiście dba o to, byśmy dostawali w rozsądnej cenie produkt o jak najlepszych właściwościach technologicznych i odżywczych. Robi to teraz każdy producent, z prozaicznego powodu: żeby być konkurencyjnym. Nikt nie kupi czipsów, które będą zrobione z kiepskich ziemniaków. Nawet, jeśli będą tanie.



Na czym opiera się selekcja?


Odmiany czipsowe to ziemniaki o określonej zawartości skrobi, ale szczególnie zwraca się uwagę na zawartość cukrów redukujących. Świadczy ona o ich przydatności do spożycia po smażeniu. Dużo tych cukrów równa się dużej ilości szkodliwych związków, których bardzo nie chcemy jeść. Dzięki temu czipsy nie są aż tak rakotwórcze, jak mogłyby być. Liczy się również rozmiar i kształt: o ile ziemniaki na frytki powinny być jak największe i raczej podłużne, to do czipsów kwalifikuje się bulwy okrągłe i mniejsze. To cechy odmianowe.

Drugą sprawą jest selekcja przed procesem produkcyjnym. To w tym momencie odrzucane są nieforemne bulwy mające jakiekolwiek wady. Prawdopodobnie selekcjonuje się też gotowe czipsy przed paczkowaniem.


Opisane praktyki są normalne dla każdego procesu produkcji w każdej firmie. Żaden producent nie pozwoli sobie na wypuszczanie felernych produktów, które powinny odpaść już na etapie dobierania surowców. Nieistotne, czy chodzi o czipsy, odżywkę do włosów czy cegły na budowę domu. Tako rzecze tłustawa (przyszła) inżynier rolnictwa.

czwartek, 29 stycznia 2015

Znowu po kimś posprzątałam

Była dziś piękna pogoda. Słońce świeciło zupełnie niezimowo, wysokie ciśnienie nakręcało do działania, a syf w mieszkaniu sugerował szybki kontakt podłogi z odkurzaczem. Od rana starałam się być opanowana, udzielił mi się słoneczny nastrój, aż wreszcie wzięłam się za porządki.



Najpierw pozmywałam. Miło było odgruzować kuchnię, poprzypisywać przedmiotom tak zwane "swoje miejsce" - za każdym razem inne - i wywietrzyć smród wczorajszego obiadu. Od razu rozjaśnił mi się umysł.

Mimo to wciąż z tyłu głowy kołatała mi się niepokojąca myśl.

Dla odreagowania odpaliłam fejsbuka i poznęcałam się nad znajomymi. Jakoś tak luźniej się zrobiło, gdy ubyło 29 ofiar nadmiernej rozłąki, obojętności, braku zaufania. Zdekapitowałam wszystkich, których żal było mi ostatnim razem.

Gdy przyjechali rodzice, stanęłam w cztery oczy z prawdziwym życiem. Nie, nie dlatego, że ojciec nawrzucał mi za syf w mieszkaniu (no kaman, mam depresję, nie muszę się myć, a co dopiero dbać o porządek). Musiałam zacząć sprzątać naprawdę.

Otworzyłam klatkę, wyjęłam królika, który zdziwiony rozglądał się jednym widzącym okiem. Wyjęłam kratkę, wysypałam zużyty żwirek, zawinęłam w reklamówkę. Złożoną klatkę wyniosłam do przedpokoju. Ostatnie ukochanie zwierza w domu i myk, już siedział w transporterze. Zimna krew. Czułam się jak psychopata.

Wyrzuciłam jego miskę, jego poidełko, jego karmę, podczas, gdy on siedział sobie, nie rozumiejąc, po co znowu ciągnę go do weterynarza. Na miejscu dostał 3 zastrzyki i było po wszystkim. W samochodzie ciągle chciałam się do niego odzywać, lecz kłopot w tym, że sztywniał już, zawinięty w papier, zamknięty w pudełku.

To wszystko przypomniało mi sprzątanie dziadka z naszego domu. Opróżnanie szafy z jego rzeczy, odkrycie niemożliwie dziurawej od spodu kurtki (haha, z niego to był agent!), śrubek w kieszeniach, kapot z lat 80., dziesiątek maneli, przynoszonych jeszcze z Polmozbytu. Maneli, które tak ułatwiały nam życie, choć bez zapobiegliwości dziadka stały się tylko kupą szpargałów. Teraz siedzę w jego koszuli, którą wszędzie zabieram ze sobą i myślę o tym surrealistycznym uczuciu, które towarzyszy sprzątaniu po kimś, kto odszedł.

Otwierasz jego skrytki, dotykasz jego rzeczy, to ostatnie momenty, w których czujesz jego zapach zachomikowany gdzieś w rogu szafy. Potem, nawet jeśli zostawisz sobie pamiątki, one przejdą cudzymi wońmi. Myślę, że zrozumienie, że ktoś odszedł, jest naprawdę możliwe tylko w momencie, gdy pakujesz jego rzeczy. Jakim prawem nagle rozporządasz czyimś majątkiem? Jak możesz mówić to się już nie przyda, to do wyrzucenia...? Ano, możesz. A nawet musisz.

Siedzę teraz w dziadka koszuli, szukam na opuszkach palców jeszcze wspomnień po miękkości króliczego futra i zastanawiam się, jak to możliwe, że sprzątanie może przynieść tak szerokie spektrum uczuć. Od skrajnego smutku, osamotnienia i rozpaczy po ulgę i śmiech pomieszany z obrzydzeniem, gdy znajdujesz brudne skarpety twojego byłego wciśnięte w twoje rzeczy w szafie. Haha, z niego to był agent!

sobota, 10 stycznia 2015

ROK ZAPUSZCZANIA #1: Pierwsze koty...

Do 7 stycznia przesyłałyście mi swoje zgłoszenia do akcji zapuszczania włosów przez cały rok 2015. Każdej z Was gratuluję i dziękuję, że chcecie w tym uczestniczyć razem ze mną. Szczególnie, że moja prośba o zgłoszenia na mejla to był podstęp.



Naczytałam się kiedyś Cialdiniego i jego "Wywierania wpływu na ludzi", książki, która pokazuje, jak sprawić, by ktoś coś od nas kupił i jak się przed tym obronić. Otóż okazuje się, że jesteśmy podatni na różne proste sztuczki, które można wykorzystać też do rozmaitych celów. Jedną z takich sztuczek jest odwołanie się do potrzeby konsekwentnego działania.

Popatrzcie, jak działają sklepy Yves Rocher. Co miesiąc dostaję od nich zaadresowaną kartkę, która wydaje się być spersonalizowaną ofertą, specjalnie dla mnie. Często zdarza się, że otrzymuję miły podarunek już za samo wejście do sklepu. Tylko kto normalny pójdzie do drogerii i powie, że przyszedł tylko po darmowe koraliki? Trochę siara, nie? Skoro już tam przyjdziemy, to wypadałoby coś kupić... To samo zdarza się przy kasie - która z nas nie słyszała słynnego brakuje pani bardzo niewiele do kolejnej pieczątki? Samo to zdanie za każdym razem wytrąca mnie z równowagi na tyle, że przynajmniej się zastanawiam przez sekundę, czy nie wziąć tej najtańszej pomadki.

To samo ze sprzedawcami odkurzaczy, którzy oferują czyszczenie dywanów. Wpuścisz takiego do domu, facet sympatyczny, często przystojny (sprawdzone, serio), elegancki i dobrze pachnie, pogada w wolnej chwili, posprząta, pokaże, jak działa odkurzacz, zaangażuje w swoje sprawy... No i jak nie kupić od niego tego elektronicznego cudeńka za 4000 zł?

I ja Was na to nabrałam. Nie martwcie się, nie chcę Wam niczego sprzedać.

Kazałam Wam zrobić zdjęcia, gruntownie przemyśleć kurację, opisać to wszystko i wysłać do mnie. Zupełnie niepotrzebne działanie - mogłyście zrobić to przy podsumowaniu albo napisać na swoich blogach. Przyjęłam jednak za pewnik, że jeśli akcja ma mieć sens, to musi każdą z nas możliwie bardzo motywować. Wiem, jak bardzo uciążliwe bywa codzienne pamiętanie o tym wszystkim - czasem nawet nie chce mi się umyć (i nie robię tego, w końcu mogę, bo mam depresję). Jeśli już zaangażowałyście się na tyle, żeby zebrać informacje, zrobić zdjęcie i wysłać to do mnie, dodając coś od siebie, to łatwiej powinno Wam przyjść wcieranie, masowanie i olejowanie. Teraz zastanawiam się nad kolejnymi podejściami...

Trochę statystyk


17 dziewczyn uczestniczy w akcji zapuszczania.
Mamy łącznie ok. 8 metrów włosów! Przy szacowaniu wyszło dokładnie 847,5 cm - do tej sumy będę dodawać nasze nazbierane centymetry. Może nie ma to wielkiego sensu ze względu na niezgodność pomiarów (różne sposoby mierzenia), ale zawsze przyjemnie popatrzeć :) Średnio na każdą z nas przypada 49,85 cm włosów.
Cele są rozmaite. Część z Was podaje nie tylko potrzebę dłuższych włosów, ale też zagęszczenie, walkę z łupieżem czy zadbanie o kondycję na długości.

Metody

wcierki: jantar, Aloevit, wcierka z domowego oleju imbirowego, wcierka DIY cebulowa, masaż z wcieraniem kawy, czaju, mate, Radical, Joanna, kuracja wzmacniająca z czarnej rzepy +olejek łopianowy z czerwoną papryką + olejek sesa, woda brzozowa, wcierka Babuszki Agafii, wcierka z kozieradki, cerkogel, woda szungitowa, tonik wzmacniający Agafii
zioła: skrzypovita, pokrzywa, wierzbownica
inne: picie drożdży, siemienia lnianego, CP, tran, krzem, pestki dyni, ryby

Bardzo mi się podoba, że zwracanie uwagę nie tylko na suplementy i wcierki, ale też jedzenie. Dostarczanie kwasów tłuszczowych z grupy omega bardzo podoba się włosom :)

Uczestniczki

Marta
Katarzyna
Katarzyna
Patrycja

Któraś z Was jeszcze ma bloga?

Szczerze mówiąc to już jest czego zazdrościć. Stado bab świadomych swoich włosów - to się nie może skończyć inaczej, jak wielkim włosowym zazdro w grudniu! Pomyślcie, czy nie warto zainwestować w czerwone kokardki :)