2015 ROKIEM ZAPUSZCZANIA WŁOSÓW

Określ cel, zaplanuj i dołącz do nas!

Piramida zdrowia według Zielpy

5 zasad, według których żyję

Mity dietetyczne, w które kiedyś wierzyłam

Jajka zabijają, ziemniaki są dla świń, a masło to zło! Nieprawdaż?

Dopalacze dla mózgu

Jak podkręcać obroty, by miało to ręcę, nogi i... mózg.

Mężczyzno, znalazłeś się tutaj niezupełnie przypadkiem?

O męskiej, niedoskonałej cerze poczytasz tutaj. Bez ściemy.

sobota, 21 marca 2015

O tym, jak stałam się fanką Oeparolu

Złapałam się ostatnio na tym, że każdemu polecam kremy tej marki. A to do twarzy, a to do rąk... Właśnie na insta znów ktoś (pozdro, GoodForYou :D) narzeka na krem do rąk, już miałam napisać "kuuup koniecznie ten o!", ale się powstrzymałam. Wydaje mi się, że jestem Wam winna wyjaśnienie, nim dojdzie do nieporozumień (Zielpy reklamową spamerką? O, nie!).



Otóż okazuje się, że nasza rodzima firma robi świetne kosmetyki. Nawet nie muszą mi płacić, żebym o nich pisała. Nie, nie weszłam z nimi w żadną współpracę, a nawet żałuję, bo są świetni. Właściwie to nawet nie sam Oeparol, ale cały Adamed Consumer Healthcare (producent). W składach znajdziemy dużo dobroci, nieraz okraszony brzydkimi konserwantami, ale o tych napisała nam szczegółowo Marta z Fair hair care i każdy z Was zdecyduje sam, czy chce się smarować czymś takim, czy nie.

Odsiecz przy kwasach



Tej zimy zafundowałam sobie istną jazdę bez trzymanki z kwasem mlekowym. Wyczyniałam takie rzeczy, że koniec nie mógł być inny jak zrzucenie wylinki. Zanim jednak doszło do tego, że moja cera wypiękniała, trzeba było jej pomóc powrócić do pokazowej formy. Pod ręką nie miałam wiele, wszystkie kremy odpadły w eliminacjach i, chcąc nie chcąc, musiałam wypróbować Oeparol. Okazało się, że zarówno wersja pod oczy, jak do twarzy sprawdza się świetnie. Początkowe lekkie pieczenie szybko ustępuje (a wystąpiło jedynie przy największym podrażnieniu), cera się nawilża i zatrzymuje wodę. Krem wchłonął się do matu, nie rolował się na nim filtr z pudrem, cuda niewidy dosłownie. Działanie być może urzeka bardziej od składu (nie wklejam go, bo są różne wersje kremu - z filtrami i bez, polecam obie), ale nie bądźmy takimi ksenofobkami kosmetycznymi, nie wszystko, co naturalne, nadaje się na krem na dzień. Wersja odżywcza kremu już nie sprawdzała się tak dobrze podczas kuracji kwasami, ale od biedy mogła ujść. Za to będzie idealna jako baza pod makijaż - również wchłania się do matu, a przy okazji wyrównuje cerę (ma silikon w składzie). Nie dziwcie się, że wersję intensywnie nawilżającą wszystkim polecam - jest genialna w swojej prostocie.

A po kwasach...



Nie miałam nigdy kremu z kwasami, a szukałam czegoś podtrzymującego efekty i nagle, jakoś tak mikołajowo, nawinął się krem Qcera. Zawiera on po 5% kwasu azelainowego i pirogronowego. Nakładałam go na noc, bez niczego, cera rano była rozjaśniona, ewentualne wypryski znikały szybciej, potrzeba mu jednak czegoś jeszcze, jeśli chcemy uniknąć przesuszenia. Dla mnie optymalne okazało się nakładanie go co drugi dzień, czasem nawet rzadziej. Obecnie odstawiłam już wszelkie kwasy i krem czeka na nową właścicielkę (może się doczeka, jak się ogarnę...).

Przesuszenie? Krem do rąk?




Znacie pewnie rybki z olejkami od Gala... Okazuje się, że Adamed oferuje podobnie zamknięty olej z wiesiołka, z którego przecież słyną specyfiki Oeparolu. Używam go zarówno na twarz, jak i do rąk, w połączeniu z kremem na noc sprawia, że moje ręce wyglądają w miarę przyzwoicie (ale powiedzmy sobie szczerze - nie chce mi się o nie dbać, jakbym nie była taka leniwą krową, to bym miała dłonie jak u księżniczki). Ach, no tak. Kremy do rąk też mają świetne :) w miarę dobrze się wchłaniają, choć nie spełniają moich wymagań co do kremu na uczelnię, czyli szybko wchłaniającego się nawilżacza. Albo dobrze pielęgnuje, albo szybko znika - przyroda ^^



Peany nad balsamami do ciała, tonikami i żelami micelarnymi pieje rodzina i przyjaciele, a ja mogę Wam tylko serdecznie polecić te produkty. Mają same zalety: są niedrogie, dobrze się sprawdzają, składy mają spoko (bio-organiczno-ekologiczno-kosmiczne nie są, ale kaman...), no i są polskie. Szkoda, że obiadów nie gotują.

poniedziałek, 16 marca 2015

Skąd się bierze przyjaciół? O adopcjach królików

Królik. Taki gryzoń z uszami, za które się go podnosi. Na pasztet, do tuczenia, na czapkę, do zabawy dla dzieci. Siedzi w klatce i w ogóle jest głupi. Po co takie coś trzymać w domu?



Ten post źle się zaczyna, pierwsze zdanie i już kłamstwo. Królik to zajęczak, a z gryzoniem ma tyle wspólnego, że może nieźle użreć, gdy się go źle traktuje. Gdy dobrze, również. Moje ręce i nogi od kilku dni są całe w siniakach i strupach, a zaręczam, że to stworzenie ze zdjęcia ma najlepszą możliwą opiekę. Kolejne zdanie to suma (słabych) dowcipów, które słyszy każdego dnia właściciel królika i koszmaru, jaki królikom przytrafia się bardzo często: bycia zabawką dla dzieci. Trzecie zdanie to najczęściej powtarzana opinia o królikach: może siedzieć w klatce, nie potrzebuje biegać. Nic dziwnego, że ci sami ludzie twierdzą potem, że królik żyje 3-4 lata. No i jest głupi... Gdyby poświęcili mu tyle czasu, co na oglądanie telewizji, to wiedzieliby, że może być równie towarzyski jak pies. Tylko trzeba najpierw go uszanować, potem pokochać i trochę poczytać... (wiem, że dla wielu właśnie w tym miejscu zaczyna się ból). A po co go trzymać w domu? Jeśli wciąż nie znasz odpowiedzi na to pytanie, to nie musisz czytać dalej.

Króliczy problem


Dziś rano pojawiła się na FB dolnośląskiego oddziału SPK informacja, że na polu złapano 17 królików, tuż przed orką. To miłe, że ktoś w ogóle powiadomił stowarzyszenie, a nie po prostu wjechał z pługiem w pole. Króliczki były przeróżne, jedne puchate, czarne, białe, łaciate, znalazła się nawet puszysta jak pompon matka z młodym. Być może komuś nie wypalił interes z hodowlą miniaturek? Trudno powiedzieć, króliki nie wyglądają na takie z jednego miotu.

Na forum Stowarzyszenia Pomocy Królikom można poczytać historie mrożące krew w żyłach. A to znajdzie się na śmietniku/na polu/pod lasem królika w klatce, bez szans na przetrwanie (kilka takich sytuacji zdarzyło się choćby w ciągu ostatnich zimowych miesięcy), a to umrze w męczarniach kolejny królik kupiony w sklepie zoologicznym (nagminne odłączanie zbyt młodych - poniżej 8 tygodnia - królików od matki, śmierci z tego powodu są na porządku dziennym).

Każdego dnia na serwisy ogłoszeniowe trafiają kolejne anonsy - oddam/sprzedam królika. Przejrzyjcie sobie to hasło, polecam, to istny festiwal ludzkiej głupoty, ignorancji, niewiedzy, złej woli i cholera wie, czego jeszcze. Królik na trocinach to standard (a potem dziwne, że śmierdzi...), za mała klatka również, o karmieniu cukierkową mieszanką nie wspominając. Widziałam już króliki w klatkach dla małych papużek (nawet huśtaweczki i lusterka były), z dziwnie powiększoną gałką oczną (wskazuje na bardzo groźną chorobę), a moim ulubieńcem jest "oddam królika śliczny idealny na prezęt dla dziecka". To już nie ogłoszenie, to stan umysłu.

Skąd się biorą króliki?


Ogół ludzkości myśli prawdopodobnie, że ze sklepu zoologicznego. Część może kupi zwierzę na placu, część pojedzie do hodowli. Kupując jednak zwierzęta od kogokolwiek stajemy się częścią biznesu, tworzymy popyt na zwierzęta. Niby nic w tym złego, ale jeśli przyjrzeć sie losom zwierząt w sklepach zoologicznych, robi się niezbyt wesoło. Być może nie znacie jeszcze Apelu Rumburaka? A z aktualnych historii polecam FP "Anty Kakadu", na którym opisywane są bieżące historie ludzi i ich zwierząt ze sklepów oraz warunki, na jakie natykają się klienci. Brak wody, jedzenia, za małe klatki... Przykre jest to, że przyszły właściciel zwierzęcia pyta o radę sprzedawcę-oprawcę, który w takich warunkach właśnie trzyma "towar". Skąd więc brać króliki? Najbardziej etycznie jest je adoptować, czyli kłania nam się rynek wtórny.

Śledziłam ogłoszenia od początku lutego, ale też zarejestrowałam się na forum SPK i zdecydowałam się w końcu na adopcję stamtąd. To nie ma znaczenia, którą z tych opcji wybierzesz. Ważne jest, by wcześniej zgromadzić wystarczającą wiedzę, choćby o odżywianiu i pielęgnacji zwierzęcia, dzięki czemu jest szansa, że królik dożyje 9-12 lat, a nie maksymalnie 5 (i zdechnie w męczarniach z głupiego powodu). SPK może odstraszać procedurami, ale przynajmniej mamy gwarancję, że zwierzęta nie znajdują się w rękach przypadkowych ludzi. Nie po to się je leczy, odżywia i oswaja na nowo, by wracały potem znowu na rynek wtórny w jeszcze gorszym stanie.



Co zrobić by zaadoptować królika?


Po pierwsze: zastanowić się, czy jest się gotowym być odpowiedzialnym przez najbliższe 10 lat lub więcej za cudze życie (i czy się ma rozum i godność człowieka #pdk ^^). Resztę pytań dających do myślenia znajdziemy w ankiecie, którą należy wypełnić i przesłać na adres SPK. Po drugie, warto poczytać o królikach gruntownie, bo może się okazać, że to wcale nie kompan dla nas. Poza tym odpowiednia wiedza przyspieszy na pewno proces adopcji. Jeśli interesujemy się konkretnym królikiem, jest opcja zaznaczenia tego w ankiecie i napisania bezpośrednio do koordynatora właściwego sobie regionu. Potem musimy już tylko czekać na odpowiedź, jeśli poważnie podchodzimy do sprawy, to na pewno ją otrzymamy. Często na adopcję czeka się kilka tygodni - ludzie odpowiedzialni za SPK są tam wolontariuszami i czynnik ludzki może tutaj być kluczowy. Wyrozumiałość i cierpliwość to ważne kwestie w opiece nad zwierzęciem, szczególnie z przeszłością, więc można to potraktować jako swoisty test dla nas. Ja na swojego rozbójnika czekałam ponad miesiąc, ale wynikło to z różnych dziwnych zdarzeń losowych. Myślę, że mogłoby to spokojnie potrwać 2-3 tygodnie. Największą nagrodą za czekanie na nowego przyjaciela jest widok rozpłaszczonego króliczego odwłoka w najdziwniejszych miejscach mieszkania.



Czego spodziewać się po zwierzęciu z adopcji?


Zaletą na pewno jest fakt, że dostajemy rzetelne informacje o stanie zdrowia królika, w przeciwieństwie do posklepowych atrakcji z biegunkami i śmierciami kilka dni po przyniesieniu go do domu. Jeśli króliczek jest specjalnej troski, na pewno się o tym dowiesz. Zwierzęta te najczęściej są już wykastrowane/wysterylizowane, potrafią załatwiać się do kuwetki, są oswojone, ale nie zawsze przyjazne.
Ptyś Uborewicz na przykład jest typowym dzieckiem z rodziny patologicznej. Ciągle się broni, jest bardzo terytorialny (czyli rzuca się z zębami, gdy wchodze do kojca posprzątać), nie lubi być brany na ręce, potrafi przestraszyć się machania nogą gdzieś daleko od niego. Ptyś mieszkał w domu z dziećmi i w dużym zagęszczeniu ludzi i zwierząt na metrze kwadratowym. Na jego miejscu też bałabym się własnego cienia i broniła niezależności. Nie oddam go jednak z tego powodu, że wyglądam, jakby zupa była za słona - mam świadomość, dlaczego taki jest. Jutro czeka go kastracja i powinno mu się poprawić... Nie zamieniłabym go na żadnego innego królika - jest jedyny w swoim rodzaju, towarzyski i bardzo szybko adaptuje się do nowych sytuacji. Zresztą - czy ktokolwiek z Was powiedziałby mu, że go nie chce?



Przydatne adresy


Uszata.com - dużo informacji o królikach
Miniaturka - informacje o królikach

środa, 11 marca 2015

Jesteś kobietą? Nie rób wsi na siłowni! Antyporadnik

Babeczek na siłowniach jest zatrzęsienie! Gdzie się nie ruszyć, tam atakują nas wypięte klaty na ławeczkach, pośladki wybijają nam oczy, a umalowane usta i długie rzęsy wodzą na pokuszenie. Jeśli jesteś nowicjuszką i nie umiesz się w tym odnaleźć, pomogę Ci!

/flickr.com by adifansnet

Czego kategorycznie nie wolno robić na siłowni kobietom?


1. Wypinać się przy martwym ciągu i przysiadach. Wyobraź sobie te tłumy facetów, które patrzą na Twoją dupę. Każdy jeden koleś na siłce dosłownie zamiera niczym czujna surykatka, gdy kobieta pochyla się do sztangi, by rozpocząć ćwiczenia. Najchętniej jedliby Twój tyłek łyżką, tacy są łakomi i napaleni. Każdy jeden. Absolutnie nie wolno Ci kusić facetów: po pierwsze - mogą być żonaci (co nie znaczy, że okrzesani), a nie przystoi uwodzić zaobrączkowanych; po drugie - w razie gwałtu sama będziesz sobie winna. Poprawna technika wykonywania tych ćwiczeń to "wciąganie tyłka", musisz jak najbardziej podkulić go pod siebie, tak, żeby nie było go widać. Poćwicz przed lustrem w domu, zanim wyjdziesz do fitness klubu.

2. Stękać przy ćwiczeniach. To również może prowokować mężczyzn, w końcu oni oglądają TE filmy. Jednak ci, których to nie sprowokuje, mogą uznać, że jesteś zwykłą wieśniarą, która wydaje dziwne odgłosy. Oczywiste, że taka nimfa, jak Ty, nie może sobie na to pozwolić. Nie wykonuj więc tak trudnych ćwiczeń i z tak dużymi ciężarami, by wydawanie odgłosów było potrzebne. Jeśli już musisz, wykonuj zalecane ćwiczenia w domu: znajdź genialnego kochanka, istnego demona orgazmu i próbuj nie pisnąć pary z ust w kulminacyjnym momencie zabawy.

3. Rozkraczać się. No wiesz, jak to wygląda. Dobrze wiesz. Przysiad i siup! - kolana idą na boki. Zupełnie jak jakiejś łatwej nastolatce. Czy to przystoi porządnej kobiecie? Mama nie uczyła Cię, byś trzymała nogi razem? Od dzisiaj już wiesz, że przysiad należy robić ze złączonymi udami. Z wypadów do boku rezygnujemy, o jodze i przywodzicielach nie wspominając.

4. Myć się nago. Po treningu kierujesz się pod prysznice, a tu... pięć gołych tyłków już dotarło tam przed Tobą. Przykro mi, że musisz na to patrzeć, na pewno czujesz się zgorszona (ja na przykład z ledwością o tym piszę, ale czego się nie robi dla Czytelnika), ale sama nie musisz dopuszczać do takich sytuacji. O ile masz blisko do domu, to nie ma problemu. W innym wypadku zawsze bierz ze sobą kostium kąpielowy. Nie dopuszczaj do sytuacji, w której inne kobiety będą zaszokowane i zażenowane Twoimi sutkami i cipką. Zapewniam cię, czegoś podobnego jeszcze nigdy nie widziały.

5. Strzelać selfie. Podobno inni ludzie krzywo patrzą się na takich wariatów z aparatami, mówią, że to blogerzy czy coś... To na pewno jakaś obelga, więc nie rób tego. Po prostu. Bo co ludzie powiedzą?

poniedziałek, 2 marca 2015

CZARY, PANIE! Z wizytą u naturoterapeuty

W ramach profilaktyki, ale także leczenia odwiedzałam ostatnio przeróżnych lekarzy i prawdopodobnie na tym się nie skończy. W pewnym momencie jednak nabrałam tak negatywnego nastawienia do całej służby zdrowia, że do kolejnego konowała zaciągnięto by mnie jedynie nieprzytomną. Dałam się namówić za to na wizytę u naturoterapeuty.

fot. Jay Mantri


Moje nastawienie do wszystkiego oscylowało wtedy wokół hasła "bez sensu, po co ja żyję...", jednak poszłam na wizytę, odrzucając wszelkie uprzedzenia, ale też nie będąc przepełniona optymizmem i wiarą w cuda. Myślę więc, że wszelkie efekty kuracji i tego, co działo się w gabinecie, opiszę z racjonalnego punktu widzenia. O, tak, może i boję się duchów, w które nie wierzę, ale racjonalistką i wielką orędowniczką rozumu, szkiełka i oka mogę się nazywać. Wiedziałam, że idę tam głównie po leki ziołowe, a o to, że zioła mają naukowo udowodnione działanie, nie będziemy się tutaj spierać.

Mój naturoterapeuta posiada takie specjalizacje, jak chirurgia fantomowa, kosmoenergetyka, techniki wibracyjne i nowa radiestezja. Brzmi komicznie dla kogoś, kto w młodości przedawkował Dawkinsa, ale, jak już wspominałam, uprzedzenia zostawiłam za drzwiami. Głównie interesowała mnie diagnostyka toksycznych obciążeń organizmu i zioła dra Josefa Jonasa, które przepisuje ów czarodziej. Pomogły one mojej mamie, a ja nie mam nic do stracenia - znudziło mi się chodzenie po lekarzach i przyjmowanie nieskutecznych leków.

Wizyta


Gabinet mieści się w dużym centrum medycyny naturalnej, przyjmuje tam nie tylko ów bioenergoterapeuta, ale też inni specjaliści z różnych dziedzin, a także mieści się tam szkoła medycyny naturalnej, organizowane są różne kursy. Miejsce nie ma nic wspólnego z uprawianiem pokątnie czarnej magii w piwnicy albo obskurnym mieszkaniu, a tym bardziej z dziwnymi zapachami jeszcze dziwniejszych specyfików. Budynek to połączenie szkoły i przychodni.

Wchodząc do gabinetu, w którym panuje półmrok, Czarodziej kazał usiąść naprzeciw niego na krześle. Na stoliku dostrzegłam masę błyszczących piramidek w różnych rozmiarach, stożków, dziwnych płytek oraz obrazek z podobizną Jezusa, który patrzy na człowieka świdrującym wzrokiem. Pan Czarodziej też patrzy, tylko że spod wąsów. Zrozumiałam, że muszę mówić prawdę.

Opowiedziałam, co mi dolega, zwróciłam uwagę, że mam kłopoty z układem trawienia, Pan Czarodziej mnie wysłuchał, podszedł do mnie i kazał się obrócić plecami na taboreciku. Posłusznie wykonałam polecenie i poczułam ból. FACET WBIŁ MI PALCE MIĘDZY SZYJĘ A RAMIONA! I stwierdził, że jestem spięta, mam za dużo stresów, których powinnam unikać... Dzięki, pomyślałam, jak już ochłonęłam po tym szoku, natomiast Pan Czarodziej w najlepsze zaczął mi rozmasowywać moje pospinane mięśnie. Przyznam, że nawet pomogło i mu przebaczyłam, wszak lubię ból tego typu. Następnie przyłożył dłoń do nerek, poczułam lekkie ciepło (moja mama opowiadała, że czuła gorąco, ale może jest bardziej podatna) i zrobiło mi się już zupełnie fajnie. Usłyszałam, że nerki mam zdrowe, tylko lekko szwankują, pewnie od wychłodzenia.

Przeniosłam się na kozetkę, położyłam na plecach i czekałam, co będzie. Na oczy i czoło położono mi okład z olejkami eterycznymi (wyczułam tam nutę rozmarynu), ale trochę podglądałam, zamiast się zrelaksować do końca, dzięki czemu mogę Wam opisać, co tam się wyczyniało.

Kolejno na różnych punktach mojego ciała Pan Czarodziej rozkładał te wszystkie stożki i piramidki, m.in. na piersiach, nogach, miednicy, czole, a na brzuchu położył całą płytkę złożoną z piramidek. Następnie wyciągnął jedno wahadełko i zaczął nim nade mną kręcić, nastepnie drugie. Musiałam się powstrzymywać od śmiechu i powtarzać sobie, że jestem tu jak w salonie SPA i mam się odprężać. W końcu przemogłam swoje brzydkie, racjonalistyczne odruchy i po prostu poddałam się temu, co robi naturoterapeuta. Po zakończonej sesji z wahadełkami przesuwał jeszcze dłońmi nad moim ciałem, a następnie usiadł i pozwolił mi jeszcze chwilę poleżeć. Po wszystkim powoli się podniosłam, usiadłam jeszcze na chwilę i dostałam zalecenia co do preparatów ziołowych.

Po wizycie


Po wyjściu z gabinetu spędziłam jeszcze jakiś czas, czekając na mamę, nie działo się właściwie nic dziwnego, oprócz tego, że zrobiło mi się strasznie zimno od wewnątrz. To było okropne, szczególnie, że mieszkam na drugim końcu miasta i tarabaniłam się tam dwoma autobusami przez kolejne 1,5 godziny. Następnego dnia za to wszystko mnie bolało - kości, mięśnie, co jakiś czas czułam kłucie w piersiach i plecach, jakby ktoś wbijał mi szpikulec. Podobno to normalne po wizycie u bioenergoterapeuty. Kolejne dni mijały już zwyczajnie.

Chyba po dwóch tygodniach do drzwi zapukał listonosz i przyniósł ziołowe lekarstwa. Proces leczenia nimi opiszę, gdy go zakończę. Już mam coś do powiedzenia na ten temat, ale wolę dać sobie i Wam pełniejszy obraz. Byliście kiedyś u takiego niestandardowego lekarza?

sobota, 28 lutego 2015

Krem po goleniu gaszący pożary - Tołpa Dermo Men, łagodzący

Pisałam już o trudnym przypadku, jakim jest cera mojego faceta. Udało nam się zmniejszyć kilka problemów dzięki pielęgnacji, ale pozostawała między nami kość niezgody w postaci kosmetyków po goleniu. Uważałam, że smaruje się bublami, ale też nie potrafiłam mu pomóc, bo kompletnie nie znałam asortymentu kosmetyków do golenia.



Wszystko się zmieniło, gdy chłop wykazał się lekkomyślnością, samowolą i niesubordynacją, oddalając się ode mnie w drogerii (tak, kochanie, możesz kupić sobie ten tusz do rzęs) i cichcem pakując do koszyka żel po goleniu tzw. wiodącej marki (znacie gorszą obelgę?). Zobaczyłam dopiero przy kasie i od razu oznajmiłam mu, że jego twarz tego nie zniesie.

Niestety, argument chcesz mieć czerwoną, piekącą gębę?! nie podziałał, nie przekonało go też biadolenie to ja tak się staram, żeby ci było dobrze... i dopiero, gdy powiedziałam, że kupię mu na mikołajki normalny krem, zgodził się nie używać tamtego. Teraz wiem, że ta sytuacja była pierwszym zrządzeniem losu. Drugim był brak na stanie sklepu kremu, który sobie upatrzyłam - naturalny, roślinny kosmetyk, bez alkoholu i syfów. Do trzech razy sztuka: odwiedziłam inną drogerię i znalazłam, jak się okazało, ideał. Tołpa, Tołpunia kochana!

Skład w kolejności INCI z objaśnieniami (specjalnie dla panów!)

Woda
C12-15 Alkyl Benzoate - olej nie działa natłuszczająco, stosowany w kosmetyce zamiast naturalnych lipidów, ponieważ dobrze rozpowadza się na skórze i "pochłania" lepkość tłustych olejów. Substancja o właściwościach konserwujących, nawilżających i wygładzających. Nadaje skórze miękkość, elastyczność i gładkość.
Gliceryna - substancja nawilżająca, promotor przenikania składników wgłąb skóry.
Alluminium Starch Octenylsuccinate - nierozpuszczalny w wodzie, jest środkiem absorbcyjnym (pochłaniającym), który umożliwia "wprowadzenie" do kosmetyków substancji rozpuszczalnych w wodzie lub w olejach. Ma również za zadanie regulować lepkość w końcowym produkcie (zmniejszać lub podwyższać). Środek tworzący ochronny, stabilny film na skórze, włosach, paznokciach. Może powodować podrażnienia.
Ekstrakt z torfu - o działaniu torfu Tołpy możecie poczytać na przykład tutaj. To temat na osobny tekst!
Glikol propylenowy - wspomaga działanie konserwujące, zapobiega zasychaniu produktu przy ujściu z opakowania.
Hialuronian sodu - substancja nawilżająca, występuje naturalnie w tkankach organizmu człowieka.
Ekstrakt z kiełków pszenicy i drożdży - razem z hialuronianem sodu mają za zadanie łagodzić podrażnienia.
Ekstrakt z liści winorośli, bluszczu zwyczajnego, arniki górskiej, oczaru wirginijskiego, dziurawca oraz owoców kasztanowca - ma działać uszczelniająco i wzmacniająco na naczynia.
Pantenol - ma działanie nawilżające.
Ekstrakt z liścia aloesu - działa nawilżająco, przeciwzapalnie i łagodząco.
Cetearyl olivate, Sorbitan olivate - emulgatory, pochodzą z oliwy z oliwek, pozostawiają na skórze przyjemne uczucie, działają emoliencyjnie.
Tetrasodium EDTA - kompleksuje jony metali (poczciwe chelatowanie). Ostatnio Pantene chwaliło się zawartością fizyki kwantowej w ich nowych szamponach. To właśnie ona.
Carbomer - zagęstnik.
Sodium hydroxide - regulator pH.
Zapach
Benzyl Alcohol
- konserwant, potencjalny alergen, imituje zapach jaśminu.
Kwas salicylowy, Kwas sorbinowy - konserwanty.

źródła: tolpa.pl, kosmopedia.org, biotechnologia.pl


Cechy produktu i działanie


W dość sporej tubce dostajemy 125 ml balsamu o białej barwie. Substancja łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie, nie gryzie się z innymi kosmetykami czy z perfumami. Łatwo wydostaje się z tubki, jest bardzo wydajna, szybko się wchłania do matu, tuż po nałożeniu na twarz jest leciutko lepka. Pozostawia twarz komfortowo nawilżoną, nie powoduje pieczenia, a zaczerwienienia stają się mniej widoczne i uspokojone. Co ważne, balsam ma działanie długofalowe, o czym decydują kompleksy ziołowe w nim zawarte. Oznacza to, że osiągniemy efekt podobny do tego po regularnym stosowaniu kremów do cery naczynkowej. Po wiecznie zaczerwienionych policzkach mojego chłopa widzę, że krem działa i bardzo się z tego cieszymy :) w połączeniu z ograniczeniem golenia na mokro maszynką to już w ogóle chłop jest śliczny i rumiany (ale tylko tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba).

Komu polecam?


Hm, chyba wszystkim, nawet tym mniej wymagającym. Chciałam sprezentować ukochanemu inny krem, lecz o żałowaniu zakupu nie ma mowy. Coś czuję, że mamy tu miłość po grób, a przy okazji uratowaliśmy również nasz związek przynajmniej do następnej wizyty w drogerii. Jedyny problem, jaki mam teraz, to zalegający na półce żel po goleniu z alkoholem, który stał się kością niezgody. Wyrzucić mimo wszystko szkoda, a tak strasznie mi wstyd dać komuś w prezencie taki szmelc...